E-marketing u Mietka

Poza tym jak wyglądasz, do kogo docierasz i co oferujesz, równie ważne jest jak to próbujesz sprzedać. Mało wygadany, ponury i jąkający się sprzedawca zepsuje cały efekt pracy stylistów, marketingowców i analityków rynku. Identycznie jest w przypadku firmowych stron www. Dobry projekt, towar i pozycjonowanie to nie wszystko. W wielu przypadkach klient na drodze selekcji będzie w stanie przeczytać treść strony „od deski do deski” i na podstawie tego co tam zobaczy, podjąć decyzję o współpracy z daną firmą.
Ostatnio przeglądając oferty z branży usług weselnych, natrafiłem na stronę znajomych, zajmujących się wideofilmowaniem i fotografią ślubną. Jakość i sposób autopromocji przez nich zastosowana, zmobilizowała mnie do napisania niniejszego artykułu.

Oczywiście nie mam zamiaru robić nikomu antyreklamy, dlatego nie podam namiarów na stronę i w opisach posłużę się danymi fikcyjnymi – jednak w pełni oddającymi charakter błędów tam popełnionych. W tym celu ustalę roboczą nazwę firmy jako „Dżdżysławowie wideofilmowanie”.
Już sama nazwa wzbudza negatywne skojarzenia. Pomijając brak kreatywności – nazwa wskazuje na biznes rodzinny. Biznes rodzinny jest dobry jeśli ktoś ma zamiar otworzyć cukiernię albo osiedlowy bar z domowym jedzeniem. Znaczy chodzi o TEN typ biznesu rodzinnego, gdzie akcentuje się małżeństwo kobiety i mężczyzny. No bo „Dżdżysław i Syn – warsztat samochodowy” może być strzałem w dziesiątkę i o ile zakład ma dobrą renomę, sugerować długie rodzinne tradycje i doświadczenie. W wideofilmowaniu liczy się fachowość która powinna górować nad ciepłymi, rodzinnymi skojarzeniami i atmosferą.

Strona „O nas”

 

 

Ze strony tej można dowiedzieć się, że Dżdżysławów połączyła wspólna pasja, dzięki której od roku są małżeństwem. Dżdżysław – przygodę rozpoczynał jako operator kamery w szkole, Dżdżysława rozpoczynała od montowania filmików z popularnymi „parami filmowymi” i publikowaniu ich na YouTube.
Zacznijmy może od tego, czego oczekuje klient po takiej stronie. Ano klient chce się dowiedzieć, że współpracuje ze sztabem fachowców z długoletnim doświadczeniem oraz licznymi osiągnięciami. Tu nie ma miejsca na zdolne jednostki, choćby nie wiem jak były wydajne. Każda jednoosobowa działalność przyjmuje na stronach opisowych formę mnogą i właściciel mówi o sobie jako „o nas” i „o naszej firmie”. Jednym słowem, chwalenie się małą kadrą pracowników, a tym bardziej niewielkim doświadczeniem to jak przyjęcie ciosu w twarz od wielkiej łapy public relations.
Skoro tradycje wideofilmowania na weselach sięgają lat 80-tych, każdy wolałby przeczytać o człowieku, który nagrywał pierwsze filmy jeszcze u schyłku komuny, na sprzęcie przemyconym z NRD. Chciałby poczytać o jego rozwoju, inwestycji w sprzęt, o jego wizjach, o tym z kim i dla kogo pracował. Tymczasem, chociaż logicznie nic nie wskakuje na to, że małżeństwo Dżdżysławów swoją działalność prowadzi od roku, to jakoś ten mix ze stażem małżeństwa i doświadczeniem, podświadomie to każdemu sugeruje. Skoro pobrali się rok temu, to pewnie są osobami młodymi. Skoro Dżdżysław kamerę pierwszy raz w ręku miał w szkole, utrwalając Jasełka albo inne rozpoczęcia roku, to raczej nie była to nawet szkoła podstawowa. Tekst o YouTube wskazuje, że Pani montażystka także nie zaczynała kariery jeszcze w czasach, gdzie film montowało się nożyczkami i klejem. Odpowiednie transfery i mocne komputery – pozwalające na amatorską zabawę filmem i jego publikację w sieci, trafiły pod strzechy całkiem niedawno.
Nawet jeśli ktoś nie podejdzie do sprawy tak analitycznie, to już samo przeczytanie po łebkach tego opisu zaniepokoi potencjalnego klienta.
Z innej beczki. Czytałem kiedyś opis pewnego fotografa, który napisał coś w stylu: „nie skończyliśmy odpowiednich szkół, nie mamy ogromnego doświadczenia ani sprzętu, ale za to mamy pasję”. To tak jak by napisać: „nie wiemy jak to się robi, nie mamy odpowiednich narzędzi, nigdy tego nie robiliśmy, ale jak pozwolicie spróbować to na pewno nam się uda”. Kreatywność i szczerość, to ludzie lubią w deklaracjach podczas rozmowy ze znajomymi na kawie. W podejmowaniu codziennych decyzji, często okazuje się, że nawet nie znają poprawnych definicji tych słów, wybierając usługi osób przewidywalnych i umiejących kadzić.

Cennik

Temat rzeka. Osobiście nie zaryzykowałbym podania cennika do publicznej wiadomości każdemu, kto wejdzie na moją stronę WWW. Publiczny cennik ma sens w przypadku sprzedaży towarów, czy sprzedaży usług, gdzie średnia cena usługi jest znana i dyktowana najlepiej przez jakiegoś globalistę. W sytuacji gdy wchodzi się pomiędzy stado wygłodniałych wilków, gotowych do krwawej walki o każdy rzucony ochłap, lepiej unikać podawania informacji o własnej wycenie swojej pracy. Oczywiście publiczny cennik ma i swoje plusy. Buduje zaufanie u klienta, pozwala mu szybciej i mniejszym kosztem podjąć decyzję. Jednak w przypadku branży, gdzie jest nadpodaż usług, publikowanie cennika może dostarczyć tylko dodatkowych problemów.

  1. Konkurencja nie śpi. I wcale nie chodzi o to, że obniży ceny. Po prostu przejrzy ofertę, wyszuka kilka haków i przechwyci klienta słowami „my mamy co prawda 30% drożej, ale na rynku jesteśmy od 15 lat, mamy rozbudowane portfolio i nasza usługa jest znacznie bogatsza”. W ostateczności ogolą ofertę do poziomu ze strony z cennikiem i zrobią to za tą samą cenę, przebijając Dżdżysławów doświadczeniem.
  2. Klient nigdy nie jest zadowolony z cen. Jeśli są niskie, to jego zdaniem świadczy o słabej jakości, niskiej samoocenie, doszukuje się jakichś haczyków. Jeśli są wysokie, narzeka, że go nie stać. To jak z zakupami w hipermarkecie.

Sprzęt

Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmiażdżyć dobre humory konkurencji poprzez pokazanie im jakim wypasionym sprzętem się dysponuje. W końcu firma posiadająca drogi sprzęt musi dobrze prosperować, a skoro prosperuje, to znaczy, że ma klientów gotowych nieźle zapłacić za usługi. Zdjęcia pokazujące sztab ludzi pracujących na drogich komputerach Apple w elegancko urządzonych gabinetach, prezentacja floty firmowych samochodów czy sprzętu używanego do pracy to jest to czym się warto chwalić.
No chyba, że chwalić się tak na prawdę nie ma czym. Dwie kamery (półprofesjonalna i zwykła hipermarketowa) i jedna lampa to nieco za mało, żeby rzucić ludzi na kolana. Od razu pojawia się pytanie, jak oni kręcą np. studniówki, skoro mają tylko dwie kamery?! Na mojej studniówce, było bodaj ze sześciu kamerzystów, a i tak nie wszystko ogarnęli.
Jeśli nie posiada się naprawdę imponującego magazynu z gadżetami, to podstronę prezentującą stan posiadania lepiej sobie odpuścić. To na prawdę mało istotne. Znam fotografów robiących świetne fotki tanimi lustrzankami za 1 500 – 2 000 zł, i partaczy tworzących kiczowate zdjęcia przy pomocy body za15 000 zł i kompletu obiektywów wartego więcej niż mój samochód. Tak naprawdę to niewiele znaczy, bo nakupować gadżetów za pieniądze z dotacji unijnych potrafi każdy, kto taką dotację dostanie. Jak mawia moja znajoma: „nie ważne jakie rozmiary, ważne czy umiesz się tym posługiwać”.
Chwaląc się nawet niezłym sprzętem, łatwo zaliczyć niemiłą wpadkę. Zawsze pojawi się jakiś „znawca”który stwierdzi, że ten model się do niczego nie nadaje i jakby firma była profesjonalna, to kupiłaby model inny, ponoć lepszy.

Rezerwacja

Zawsze byłem przeciwnikiem publicznego umieszczania rozkładu zajęć pracowników. W końcu co robię i dla kogo, to nie zawsze temat, z którym dzielić się powinno z całym Internetem. Podobnie kalendarz rezerwacji. To pomysł średnio trafiony, tym bardziej jeśli jest on pusty. Pusty kalendarz, brak zleceń – to od razu sugeruje kiepskie powodzenie zleceniodawcy. Pojawiają się pytania dlaczego, pomimo takiego popytu nikt nie chce z nim współpracować. Tu nawet nie ma miejsca na manipulację. Zaznaczenie zajętymi kilku sobót i niedziel, znacznie polepszy wizerunek firmy (jako zapracowanej i zajętej wieloma zleceniami), ale jednocześnie odstraszy klienta który ew. chciałby coś zamówić w tym terminie.
Także absolutnie jestem na nie – poza jednym wyjątkiem. Jeśli firma naprawdę ocieka ze zleceń, wtedy taki kalendarz może pomóc potencjalnemu klientowi w podjęciu decyzji. Ale jeśli najbliższe dziesięciolecie oznaczone jest jako „wolny” – lepiej dać sobie z tym spokój.
Innym kiepskim pomysłem, jest umieszczanie np. skryptu zliczającego wejścia na stronę.

Galeria & Wideo czyli tzw. Portfolio

To rzecz niezmiernie ważna w branży usług, że tak powiem, artystycznych. Zresztą nie tylko. Jeden z naszych klientów (branża budowlana) zażyczył sobie kiedyś wykonanie galerii jego realizacji. Dla kogo pracowałem, ile miałem zleceń, co z tego wynikło, rekomendacje – to doskonałe świadectwo mojego profesjonalizmu. Każdy może zobaczyć co zrobiłem, ocenić wartości estetyczne, skontaktować się z moim klientem i wypytać o szczegóły współpracy.
Niestety strona www Dżdżysławów i na tym odcinku funkcjonuje nieprawidłowo. Galeria to zdjęcia z różnych imprez (ostatnia 4 miesiące temu), ale na każdym zamiast popisu umiejętności uchwycenia Państwa Młodych, uwieczniony został szanowny małżonek, obsługujący pół-profesjonalną kamerę. Po podstronie Wideo, można by się spodziewać wersji demo realizacji filmów weselnych. Niestety zawiera ona tylko dwa bliżej nieokreślone filmy, umieszczone zresztą na YouTube. Co gorsze, po zakończeniu filmu pokazują się jego dane. Można wejść na profil autora. Nie trzeba być ani Sherlockiem, ani specjalnie dociekliwym, żeby zainteresować się tym, jak sobie radziła Pani Dżdżysława z tym swoim montażem na YT (jest w subskrypcjach, przyjaciołach, widzach itp. tego kanału). Tam można zobaczyć, że kariera montażysty rozpoczęła się dokładnie 12 miesięcy temu.
Ktoś może mi zarzucić, że się czepiam. Że żaden klient nie jest tak dociekliwy, żeby poświęcać tyle energii na śledztwo. No ale czy ktoś tak naprawdę jest w stanie zagwarantować, że klienci upierdliwi się nie zdarzają? Zresztą wypisałem tu kilka błędów, z których większość można znaleźć po kilku sekundach przebywania na omawianej stronie. Niektórym wystarczy ta chwila, żeby czym prędzej tą stronę zamknąć i nigdy na nią nie wracać. Po za tym, należy zdać sobie sprawę z tego, że klienci to tylko część osób, które odwiedzają waszą firmową stronę. Oprócz klientów, zainteresowana waszą działalnością będzie m.in. konkurencja czy złośliwi znajomi, którzy zrobią wszystko, aby znaleźć dziurę w całym.

Autorem tekstu jest zaprzyjaźniony bloger Paweł Dejko
Komentarze są zamknięte.